O cesarzu wymyków, o cesarskim wymyku i doktorze, co damy nie trafił ( ballada dziadowska )

– Słyszeliście Wy kiedy
– O wymyku Dżonego
– Tym cesarskim manewrze brydżowym ?
– Manewr wielce to trudny,
– Nie stać nań dziś każdego,
– A skąd wziął się on w brydżu, dziad powie …

Było to, panie, w owych zamierzchłych czasach, o których starzy ludzie niechętnie pamiętają, a młodzież wzorować na nich się nie chce. Każdy wtedy, jak dostał te swoje trzynaście kart, liczył je dokładnie, układał starannie kolorami i szanował … Tak, panie, szanował, bo przecie nie na darmo dostał tego waleta, czy nawet czwóreczkę. A w licytacji ? Nad każdą odzywką myślał, myślał, myślał … A już najbardziej ci młodzi!

I zdarzyło się oto, że we wielce ważnym meczu taka właśnie młoda, myśląca para po dziesięciominutowej licytacji, w której co najmniej trzy razy zostały uzgodnione – niech będzie – kiery, doszła do jakże skomplikowanego pytania o asy, zwanego podówczas konwencją amerykańską. Odpowiedź wymagała namysłu. Tak, panie, namysłu, bo to i policzyć trzeba te asy i sprawdzić, czy dobrze się policzyło i ustalić, który to będzie szczebel … i jeszcze raz sprawdzić. W końcu padła odpowiedź. Brzmiała ona, panie, PIĘĆ KIER ! Tu czujny przeciwnik, który także miał coś w karcie i też przecież cały czas myślał, nad czym oni myślą, postanowił skontrować. Lecz to, rzecz jasna, nie był jeszcze koniec, jako że ani pokorny pas ani gromka rekontra nie zakończyły licytacji.

Nasz bohater, Dżony, nie marnował czasu wtedy, gdy partner liczył, sprawdzał i ustalał. Dżoniny mózg pracował na najwyższych obrotach, by przygotować właściwą odzywkę na każdą z możliwych odpowiedzi partnera. A zatem, jeśli nie ma asa to nie gramy szlemika, jeśli ma jednego też lepiej nie, ale jeżeli ma dwa …! A odpowiedź partnera oznaczała, panie, właśnie dwa asy. Dżony nie widział powodu, żeby marnować uprzednio wykonaną pracę. Powiedział SZEŚĆ KIER i dopiero: „pas, pas, kontra, pas, pas, pas” naprawdę zakończyły licytację. Pozostała jeszcze rozgrywka, której rezultat był łatwy do przewidzenia – bez jednej !!!

I to właśnie wtedy, panie, partner Dżonego, późniejszy wielokrotny reprezentant kraju Krzysio nadał manewrowi nazwę „wymyk Dżonego”, a sam Dżony wszedł do elitarnego grona teoretyków brydża. Wprawdzie sam bohater twierdzi, że to było zupełnie inaczej, ale czegóż można wymagać od człowieka, który w takiej sytuacji powiedział SZEŚĆ KIER ?

– Słyszeliście Wy kiedy
– O potrójnym wymyku ?
– Jeśli nie, dziad Wam wszystko opowie
– Po ćwierćwieczu bez mała
– Dał go wszystkim brydżystom
– Słynny cesarz wymyków, sam Dżony !

Mijały lata, czasy się zmieniały, a i brydż się zmieniał. Młodzież nie chciała już, panie, ani liczyć, ani sprawdzać, ani ustalać. Chcieli tylko grać i tacy się zrobili wyszkoleni, że ledwo to-to zza stołu wystawało, ledwo im te płowe włoski i cwaniutkie oczka zza kart świeciły, a już dokładnie wiedzieli co i jak trzeba robić, by wygrywać. I czterotreflówką przestali grać i na amerykańską zaczęli mówić tak jakoś na BE … Wszyscy grali, grali, grali… I tylko grupka posiwiałych w bojach teoretyków JESZCZE MYŚLAŁA ! Wśród nich, panie, Dżony, któremu po raz kolejny przyszło grać we wielce ważnym meczu. Pierwsza połówka została wysoko wygrana, w drugiej nic się nie działo, aż przyszło zawsze niebezpieczne rozdanie … nomen omen … trzynaste. A warto przytem wiedzieć, że grał Dżony jednym z systemów silnopasowych, takich co to, panie, jak ma się kartę to się pasuje, a jak się nie ma to się licytuje. Tfu, obraza boska, te młode to zawsze coś pokręcą …

Ale o czym to ja miałem, panie ? Aha, więc partner Dżonego dostał takie oto karty:

AKx
Axx
ADxx
Kxx

i wiesz pan, co on zrobił ? SPASOWAŁ !

No, ale już było, że „pas” to od trzynastu punktów w górę. Przeciwnik też „pas”, a Dżony wyciągnął biały kartonik z napisem „1 BA” … Dlaczego kartonik ? A bo teraz te młode zamiast prowadzić przy stole konwersację, zaczęli pokazywać sobie na papierkach, co chcą zalicytować. A tamte pasy takoż były na papierkach, tyle że zielonych … No więc, następny znowu zielony, a partner Dżonego ( jak ma być na „Dż”, niech mu będzie Dżem ) biały z napisem „2„. I tu niespodzianie wszedł przeciwnik ” 2 „. Dżony – kartonik czerwony z dużym „D” ( kontra ). I dopiero się wyjaśniło, co on tam ma. Samo otwarcie „1BA” znaczyło, że ma 6-10 punktów i 5+4+ na kolorach starszych ( i ) lub młodszych ( i ), a teraz już było wiadomo, że ma 4+ kara, a więc młodsze. Jasne, prawda ? Dalej zielony i zielony, a potem, słuchaj pan, fioletowy … RE-KON-TRA !!! No, ale u nich znaczyło to tyle co save our souls, nie chcę grać w kara, uciekaj ! Dżony „pas”, ten drugi „2„, a Dżem – kary na takich nie ma, no zgadnij pan – TRZY KIER. Ale przy stole wszyscy wiedzieli, że to jako kolor przeciwników zmusza Dżonego do odzywki i pyta, czy ma on zatrzymanie w kierach. Z lewej „pas”, a Dżony „4„, że ma pięć trefli i nie trzyma kierów. Z prawej „pas”, a Dżemowi, któremu już od dawna świeciła w głowie tęczowa karteczka z napisem „szlemik”, przyszło nagle do głowy niepokojące pytanie: co JA mam zalicytować, żeby ON mi nie spasował ? Ale odpowiedź pojawiła się za chwilę na stole razem z kartonikiem „4„. Z lewej kolejny „pas”, a Dżony „4BA”, co u pary DŻO-DŻE powinno znaczyć – uważaj pan: zmieniłem zdanie, jednak trzymam kiery !

Przypomnę licytację, bo już wiele się wydarzyło, a wielki finał dopiero nadchodzi:

Dżem PzL Dżony PzP
pas(13+) pas 1BA(6-10) pas
2(relay) 2 kontra pas
pas rekontra pas 2
3 pas 4 pas
4 pas 4ba…

i tu, panie PzP ( przeciwnik z prawej ) nie wytrzymał i błysnął czerwonym kartonikiem: KONTRA ! Dżem, który jakby z lekka stracił chęć do grania szlemika, gdy Dżony zmienił zdanie w kwestii trzymania kierowego, odetchnął głęboko, na wszelki wypadek przeliczył karty oraz punkty i starannie położył na stole karteczkę fioletową … Że jaka ? na końcówkę to nawet te bezpasy grali rekontrą karną ! Z lewej, cichutko jak listek opadł zielony kartonik, lecz naprzeciw pokazała się karteczka z napisem „5„. Wstrząśnięty Dżem ledwie zdążył pomyśleć, że widać Dżony ponownie zmienił zdanie co do trzymania kierów, gdy z prawej, niczym światełko w tunelu, błysnęło znów na czerwono. Fiolet, zieleń, lecz niezłomny Dżony grał nadal. Po jego stronie stołu pokazało się „5„. Przygłuszonemu nieco przebiegiem wypadków Dżemowi rozjaśniło się nareszcie w głowie. Pięć kar, pięć trefli, nic w kierach, nic w pikach i co najmniej sześć punktów … ach, jak ten Dżony pięknie gra ! Właśnie podnosił głowę, by choć popatrzeć z zachwytem na tak doskonałego partnera, gdy kątem oka wychwycił ruch z prawej. To na stole drga? jeszcze kolejny czerwony kartonik …

Dżem, panie, nie zdążył się jeszcze zdecydować, czy do oddania jest lewa treflowa i czy Dżony ma króla karo, ale też sroce spod ogona nie wypadł. Jako ten młody, szkolony znał przecież wymyk Dżonego i nie chciał przejść do historii jako jeden z tych, co znajomość tę wykorzystali w praktyce. Nawet mu ręka nie zadrżała, gdy od przeciwnika z lewej dopożyczał kolejną, fioletową kartkę. Męskim ruchem położył ją na stole, patrząc w coraz większym osłupieniu, jak w chwilę potem ukazują się kolejno: „pas” … i „5” … i „kontra” …

Zamarłemu Dżemowi przeleciała przez głowę nagła myśl: „ja chcę do domu!”, lecz jak pojawiła się, tak i znikła. Otaczający stolik złowrogi krąg kibiców czyhał na swoją porcję łupu, bo był to, panie, wielce ważny mecz.

A więc od nowa: nie miał trzymania kier, potem miał, potem znowu nie miał … miał trefle, potem ich nie mia … miał kara, ale i te zginęły … Pojawiające się i znikające niczym w kalejdoskopie maście spowodowały, że Dżem zupełnie zapomniał, co kto licytował. Na szczęście długie rządki karteczek leżały przed każdym z graczy i mógł jeszcze raz odtworzyć sobie taką oto licytację:

Dżem PzL Dżony PzP
pas(13+) pas 1BA(6-10) pas
2(relay) 2 kontra pas
pas rekontra pas 2
3 pas 4 pas
4 pas 4ba kontra
rekontra pas 5 kontra
rekontra pas 5 kontra
rekontra pas 5 kontra…

Po długim, długim namyśle, kiedy to liczył, sprawdzał i ustalał jak za dawnych dobrych czasów, doszedł biedny Dżem do konkluzji: TEN-TAM nie może mieć kolorów młodszych, a zatem … EUREKA … ma starsze ! A ponieważ czuł zdecydowaną awersję do kierów, czemu zresztą trudno się dziwić, gdy się spojrzy na przebieg licytacji – pokazał kartonik z napisem „5„. Jeszcze tylko zielony, zielony i czerwony oraz z namaszczeniem dołożone trzy ostatnie, zielone kartoniki i można było przystąpić do rozgrywki. Rezultat – też łatwy do przewidzenia, osiemset dla przeciwników, bo całe rozdanie wyglądało tak oto:

xx
DW
W109x
AW9xx
Dxxxx
Kxxxx
x
xx
Wxx
xxx
Kxxx
D10x
AKx
Axx
ADxx
Kxx

A wynik meczu ? Wygrała oczywiście drużyna Dżonego – był to przecież wielce ważny mecz. Tak, panie, te wymyki, teoretyki, a i tak lepszy zawsze wyjdzie na swoje.

Że co ? … Że miało być jeszcze o damie i doktorze albo raczej o Doktorze i o Damie, bo mało jest dam, co by przed graczem zwanym Doktorem prym wiodły w tej rzekomo damskiej dyscyplinie, jaką jest konwersacja swobodna przed, w trakcie i po…

Otóż, w innym wielce ważnym meczu, rozgrywanym przy stoliku sąsiadującym z tym, gdzie Dżony przechodził do historii, Doktorowi po absolutnie jednostronnej licytacji przyszło rozgrywać kontrakt 5. Stanął przed problemem, jak rozegrać kolor atutowy, w którym na dziadku leżały KW875, a w ręku miał A9643. Jak sam stwierdził zużywając na to 3674 słowa – damy nie udało się trafić. Kibice i tu dostali swój łup. Jednak, obok lekkości słowa, Doktor odznaczał się także szybką analizą. Już w kwadrans potem słyszano, jak opowiadając o rozdaniu numer … ile miało być ? trzynaście ? … mówił, w jaką to piękną, popartyjną obronę pięcioma treflami udał się przeciwko idącym czterem pikom. I to, panie, bez kontry ! Faktem jest – cztery pik rzeczywiście szło. Potrzebny był tylko impas, przymus, a przede wszystkim, panie, podział trefli 3 : 0.

„Głos Nauczycielski” – w odcinkach

Reklamy

BURZA NA MORZU SZALAŁA …

Wrzesień 6, 2008

BURZA NA MORZU SZALAŁA …

Wiele, wiele miesięcy temu w „Świecie brydża” opublikowałem poniższy artykulik:

FIFTY-FIFTY Z MORAŁEM

Na pewnym turnieju okręgowym, gdzie wszyscy z ponad 30 par tylko przez niesprzyjający zbieg okoliczności nie zostali jeszcze arcymistrzami, krążyło sobie takie oto płaskie rozdanko:

K10876
AK53
2
AD5
ADW95
D74
DW9
W4

Wszystkim parom z linii NS bez trudu udało się osiągnąć szlemika pikowego. Każdy z wistujących zagrywał w karo, a partner – po pobraniu lewy królem – odchodził w atuta. Po tak precyzyjnej obronie, wszyscy z rozgrywających przegrali kontrakt. W protokole, od góry do dołu, widniał słupek 50-tek dla linii EW. Po prostu, kiery się nie dzieliły, a król trefl był poza impasem.
A przecież protokół powinien wyglądać inaczej ! Połowa zapisów za wygrane szlemiki i połowa za przegrane. Dlaczego ? Otóż, dla preferowanej na tym turnieju rozgrywki, istnieje alternatywa. Co ciekawsze, nawet o promil większa od zaprezentowanej. A jest nią jeden z najprostszych przymusów – wiedeński. Należy, po ściągnięciu atutów, zgrać asa trefl ( tu jest ten promil – singlowy król za impasem ! ), przebić dwa kara i zgrać atu do końca. Jeśli król trefl jest na tym samym ręku, co dłuższe kiery – wygrywamy.
Policzmy szanse. Jeśli kiery się dzielą, to liczyć nie warto. Jeśli się nie dzielą, to król trefl może być albo przy dłuższych, albo przy krótszych kierach. W uproszczeniu – 50 %. A jaka jest szansa na impas ?
Jaki stąd morał ? Uczyć się, uczyć i uczyć ! Brydż jest taką dyscypliną, że każdy – nawet arcymistrz – ma jeszcze coś do opanowania. A najgorszym wrogiem prawdziwego gracza jest woda sodowa. W momencie, kiedy ( po większych bądź mniejszych sukcesach ) uderzy do głowy – kończy się brydżysta, a zaczyna grajek. Rozgrywający z opisywanego turnieju też kiedyś czytali książki ( niektórzy nawet do końca ), a potem doznali iluminacji. I co ?

… po czym rozpętała się burza … Najpierw trzeba było opublikować sprostowania. I to w dwóch wersjach: do druku …

SPROSTOWANIE
CZYLI W NOŻYCACH POCZWÓRNEGO PRZYMUSU !

Po artykuliku „Fifty-fifty z morałem” ( ŚB 7/8 ) do redakcji nadeszły 3 maile. We wszystkich autorzy kwestionują wyliczenie, dodatkowo dwóch z nich daje wyraz zdziwieniu, że taki matoł jak ja próbuje kogokolwiek czegokolwiek uczyć. Trzeci z adwersarzy jest znacznie łaskawszy – wzywa tylko do natychmiastowego dokształtu. Dodatkowo zostałem wezwany „na dywanik” przez samego Redaktora Naczelnego „Świata brydża”. Zaatakowany z czterech stron, z pełną pokorą przyznaję: szansa, że król trefl będzie przy krótszych kierach jest nieco większa niż, że przy dłuższych. Zawiniłem – dla podparcia tezy o konieczności ciągłego kształcenia – zbytnim skrótem myślowym. Jak widać, tezę podparłem najbardziej spektakularnym ( bo własnym ) przykładem…

… i ta, którą łaskawie zgodził się zamieścić na stronie Pikiera Łukasz Sławiński ( własnej strony jeszcze nie miałem ) …

… W NOŻYCACH POCZWÓRNEGO PRZYMUSU !

Po artykuliku „Fifty-fifty z morałem” (ŚB 7-8 / 2003) do redakcji nadeszły 3 maile. We wszystkich autorzy kwestionują wyliczenie, dodatkowo dwóch z nich daje wyraz zdziwieniu, że taki matoł jak ja próbuje kogokolwiek uczyć brydża. Trzeci jest znacznie łaskawszy – wzywa tylko do natychmiastowego dokształtu.
„Na dywanik” wezwał mnie także sam Redaktor Naczelny „Świata brydża”. Ponieważ własnemu naczelnemu się nie odmawia, z pełną pokorą przyznaję wszystkim adwersarzom rację: i temu z nich, który stwierdził, że szansa na przymus wiedeński wynosi niecałe 44%, a na impas 50%; i temu, który wyliczył, że gra na przymus daje 63%, na impas 67%, a na przymuso-impas a posteriori ( czy istnieje coś takiego ? ) nawet 69%; i temu, który – najbardziej predestynowany do wyliczeń – czujnie nie wdając się w arytmetykę pisze, że szansa, że król trefl będzie przy krótszych kierach jest większa niż, że przy dłuższych.
Żeby uspokoić P.T. Czytelników spieszę zapewnić, że: znam ( a nawet rozumiem ) Zasadę Szufladkową Dirichleta, czytałem pasjonujący artykuł Krzysztofa Jassema „Gołębie i klatki”, zapoznałem się z książką A.Macieszczaka i J.Mikkego „Bez impasu” ( szczególnie polecam pierwszy rozdział ), a nawet słyszałem o tym, jak to któremuś ze wschodnich władców udało się umieścić 16 koni w 15 przegrodach ( podobno w rzeczywistości chodziło o osły ). Tu zresztą nasuwa się pyszna anegdota, zupełnie nie związana z treścią niniejszego sprostowania. Otóż, gdy Napoleon postanowił podbić Egipt, wziął ze sobą kilkunastu uczonych do zabezpieczania ewentualnych znalezisk. Natomiast transport, jak to na pustyni, zapewniały głównie wzmiankowane długouche zwierzaki. Gdy któregoś razu na kolumnę wojsk dowodzonych przez Napoleona napadła wataha Mameluków, ten wydał komendę: „Osły i uczeni do środka !”. Chodziło, rzecz jasna, o zapewnienie bezpieczeństwa temu, co Napoleon uważał w danej chwili za najcenniejsze, ale komenda przeszła do historii. A Napoleon zawinił – wymuszonym przez okoliczności – zbytnim skrótem myślowym.
Podobnie było i z „Fifty-fifty …”. Chciałbym nieśmiało zwrócić uwagę, że artykuł w zamierzeniu był o czymś zupełnie innym niż o precyzyjnym wyliczaniu szans. Pozwolę sobie przytoczyć opinię Łukasza Sławińskiego ( na którego stronie internetowej „Pikier” jest cała – choć też nie wyczerpująca tematu – podstrona „Szansologia” ), który badany „na okoliczność” stwierdził, że już wiele lat temu zrezygnował z dokładnych wyliczeń, bo to chyba ( dla Łukasza ?! ) zbyt skomplikowane. Skoro tak, to co dopiero dla innych ? Jak bowiem rozwiązać problem momentu liczenia szans ? Czy liczenie przed będzie równoważne liczeniu w trakcie ? Czy na pewno wszystkie szufladki będą równoważne ? Co najpierw będziemy umieszczać w przegródkach, kolory długie czy krótkie, czarne czy czerwone ? Jak to będzie rzutowało na efekt liczenia ? Co z rutynowymi zagraniami zdeterminowanymi ? Pytania można mnożyć, a odpowiedzi na nie będą miały coraz mniej wspólnego z brydżem, o coraz więcej z wyższą matematyką. Mnie natomiast chodziło głównie o nabywanie takiej wiedzy brydżowej, by dostrzegać szanse alternatywne i mieć możliwość wyboru. Z przyjemnością przyznaję, że zawiniłem „zbyt autorskim podejściem do problemu” ( to cytat z jednego z maili ) i że rozgrywka na impas jest chyba ciut lepsza niż na prosty Vienna Coup. Nie rozstrzygniętym też pozostanie pytanie, jak wyglądałby protokół tego szlemika, gdyby wszyscy ( lub chociaż niektórzy ) niedoszli arcymistrzowie zobaczyli i tę szansę ?

… a potem już poszło ! Najpierw problem – zresztą, na moją prośbę – przeanalizował sam Sławiński …

Ł.Sławiński 10 VIII 2003

Z upoważnienia Janusza Maliszewskiego.
… Przebijamy kara, zabierając przeciwnikom atuty, gramy KD i mamy do wyboru:
A) sprawdzić kiery – i jeśli nie są 3-3, wykonać impas treflowy
B) zgrać Asa i atuty – a nuż Król jest przy dłuższych (chyba że się dzielą 3-3).
Jeśli nie ma podziału 3-3 (ca 64%), sukces zależy od położenia Króla.
Jeśli szanse położenia Króla są „fifty-fifty” (tj po 50%), to A wygrywa w 68% (36 + połowa 64), a B ciut częściej – bo zawsze kiedy Król jest singlowy.
Niestety – wcale nie muszą być „fifty-fifty” !
Trzeba bowiem uwzględnić fakt, że W oddał wist taki-a-nie-inny !!
tj że jako kolor pierwszego wyjścia wybrał kara, a nie kiery, trefle czy piki.
Załóżmy dla uproszczonej ilustracji, że:
– licytacja była super szybka – S 1, N 6
– W ma układ w miarę zrównoważony
– nie ma Waleta (spod którego wist raczej byłby niewskazany)
– wybiera zawsze (na 100%) wist passywny (nie spod honoru)
Wówczas jest mu obojętne w który kolor zawistuje, z tym że odrzuca trefle, jeśli ma w nich Króla. Losuje więc kolor wyjścia spośród trzech bądź czterech, a ponieważ szanse że z rozdawania dostał bądź nie dostał Króla są identyczne, więc szansa że teraz (po wiście karo) ma Króla wynosi 4:3 = 57%.
Stąd wychodzi: A = 72% B = 64% – czyli gra na impas jest lepsza !
Takie mniej więcej szanse ( 69%, 63% ) wyszły autorowi jednego z maili.
Najprawdopodobniej więc, zakładał i liczył podobnie jw, lecz – dokładniej !
Ale niby dlaczego W ma być superpassywny ? Kontrakt jest „z przyrzutu” i wist atakujący może być równie skuteczny (nb preferuje go wielu mistrzów). Jeśli szansa na to że W wybrał wist aktywny wynosi 25% – obie rozgrywki są równie dobre (A = B = 68%), a jeśli W jest silnie agresywny (50%) – gra na przymus okazuje się zdecydowanie lepsza: A = 62% B = 74%.
Więc tak naprawdę – przewaga impasu jest nieco problematyczna !
Wydaje się jednak, że typowy gracz wistuje przeciwko szlemikom raczej passywnie, tzn z aktywnością nie przewyższającą 25%, a zatem impas pozostaje lepszy, choć jego przewaga może być znacznie mniejsza.
Oczywiście powyższe kalkulacje były bardzo uproszczone:
Należałoby rozważyć wiele układów W (z uwzględnieniem Waleta), wiedzieć jak przebiegała licytacja (np N mógł pytać o Asy (po ewentualnym splinterze 4), oszacować w każdym przypadku preferencje wistowe, itd itp.
Po 2 dniach być może doszlibyśmy do wyraźniejszych konkluzji. Być może.

… a potem ten, który uważał, że zrobi to jeszcze lepiej ( przepraszam, Robert, że za najbardziej predestynowanego uznałem pewnego doktora matematyki – pewnie znowu się pomyliłem ) …

Robert Dyczkowski O Sprostowaniu 23 VIII 2003

Jako jeden z autorów listów, kierowanych do redakcji ŚB nt. artykułu p. Janusza Maliszewskiego pt. „Fifty-fifty z morałem”, chciałbym wyrazić swoją opinię o Sprostowaniu, jakie przedstawił autor ww. artykułu.
Po pierwsze, w żadnym urywku wspomnianego listu nie nazwałem autora „matołem” ani nie dałem wyrazu zdziwienia, iż próbuje on kogokolwiek uczyć brydża. Nie zaprzeczam jednak, że osłupiałem, widząc, iż osoba, która uczy grać młodzież, może zamieścić, w czasopiśmie poświęconym również dla niej, artykuł opatrzony tak rażącymi błędami. Swoją drogą, podzielam oczywiście opinię autora innego listu, o pożyteczności natychmiastowego dokształtu.
Co do przyznania racji adwersarzom, dziwi mnie fakt, iż twórca artykułu przyznaje ją, ponieważ, jak sam stwierdza: własnemu naczelnemu się nie odmawia. Czyżby w dalszym ciągu nie był on przekonany, co do wiarygodności ich wyliczeń?!
Autor artykułu z dumą wymienia kolejne przyswojone przez siebie pozycje bibliograficzne: ot chociażby książkę A.Macieszaka i J.Mikkego „Bez impasu”. Przytoczę może słowa Ł.Sławińskiego, który o książce tej pisze tak: Zawiera sporo przeanalizowanych przykładów dotyczących tzw. strategii mieszanych. Niestety wszystkie analizy (no może z wyjątkiem jednej) są niepoprawne, a często nawet błędne ! Dodaje oczywiście potem: Książka jest jednak w całości bardzo dobra, a Czytelnik-pasjonat może spróbować samodzielnie wytropić błędy w analizach i poprawić, jednak powoływanie się na źródło posiadające sporo błędów, jest zazwyczaj chybione. Swoją drogą chciałbym zauważyć, iż sama znajomość Zasady Szufladkowej Dirichleta nie jest wystarczająca, do obliczenia prawdopodobieństwa sukcesów poszczególnych rozgrywek, przedstawionych w artykule i listach do redakcji. Szkoda, że autor artykułu nie znalazł w swojej biblioteczce książki jednego z najwybitniejszych, zarówno polskich, jak i światowych, teoretyków brydża – Zbigniewa Szuriga – pt. „Techniki rozumowania logicznego w brydżu” (szczególnie polecam rozdział drugi: „Rozumowanie probabilistyczne”).
Ironiczne, a zarazem zupełnie nietrafione (zważywszy na fakt, iż akurat w tym przypadku to ja mam rację), nazwanie mnie tym najbardziej predestynowanym do wyliczeń ( tu należy się na chwilę cofnąć do nadtytułu – dopisek Maliszewskiego ), zmusza mnie do wgłębienia się w tą, jakże zawiłą (hmm program szkoły średniej?!), arytmetykę:
Przez k(a,b) oznaczmy ilość wszystkich możliwych kombinacji wyboru zbioru b-elementowego ze zbioru a-elementowego.
Liczę prawdopodobieństwo a priori, że jeśli kiery się nie dzielą, to Król jest przy krótszych. Korzystam ze Schematu klasycznego liczenia prawdopodobieństwa (mogę, gdyż każdy rozkład kart przeciwników jest tak samo prawdopodobny (licząc co do blotki)).
Brakuje nam 26 kart. Jest więc k( 26, 13 ) = 10400600 różnych układów ich rąk.
Wszystkich układów, w których kiery się nie dzielą, jest:

W ma kierów: 0 k( 20,7 ) Razem 6705480
1 k( 20, 8 ) * 6
2 k( 20, 9 ) * k( 6, 2 )
4 k( 20, 9 ) * k( 6, 2 )
5 k( 20, 8 ) * 6
6 k( 20, 7 )

Wszystkich, w których kiery się nie dzielą i Król jest przy krótszych jest:

W ma kierów: 0 oraz Króla k( 19,7 ) Razem 3779100
1 oraz Króla k( 19, 8 ) * 6
2 oraz Króla k( 19, 9 ) * k( 6, 2 )
4 bez Króla k( 19, 9 ) * k( 6, 2 )
5 bez Króla k( 19, 8 ) * 6
6 bez Króla k( 19, 7 )

Prawdopodobieństwo, że gdy kiery się nie dzielą, to Król jest przy krótszych jest więc równe 56.36% (skorzystałem z tw. O Prawdopodobieństwie warunkowym).
Zatem prawdopodobieństwo, że Król jest przy krótszych lub kiery się dzielą jest równe 71.86%, a prawdopodobieństwo, że Król jest przy dłuższych lub kiery się dzielą jest równe zaledwie 63.66 (tyle mniej więcej daje szans rozgrywka zaprezentowana jako ta „ciut” lepsza w artykule).
Jeśli kogoś razi fakt, iż liczę prawdopodobieństwo, nie uwzględniając odkrytych kart, to może dodam, że jeśli obaj przeciwnicy pokazali dokładnie tyle samo kart, to prawdopodobieństwo, tym razem już a posteriori, jest jakościowo takie samo (jakościowo nie znaczy takie samo, ale zachowujące relację większe-mniejsze-równe), co zresztą można wyliczyć analogicznie.
Chciałbym zwrócić jeszcze uwagę, na rozgrywkę, którą autor artykułu (bo naturalnie nie byłem to ja?!) ironicznie nazwał przymuso-impas a posteriori. Świadczy to chyba o wyraźnym niezrozumieniu moich słów (no cóż, widocznie słownik stał za daleko, aby po niego sięgnąć).
Muszę przyznać – pomyliłem się – rozgrywka ta nie jest na 69%, ale na 72% (po dokładnym policzeniu, w które czujnie się nie wdawałem pisząc list do redakcji).
Rozgrywka ta wygląda w przybliżeniu tak (dla ułatwienia pomijam przypadki, gdy pojawia się długość karowa u któregoś z obrońców, dokładniej opisane było to w liście do redakcji):
Ściągamy atuty, przebijając w międzyczasie kara. Gramy AK i kier do Damy.
Powstaje końcówka:


x

ADx
Wx


Wx

Jeśli kiery się dzielą to mamy dobrego w stole; jeśli długość ma E to impasujemy Króla u W (teraz jest na to większa szansa niż Króla u E); a jeśli długość ma W to gramy Waleta (wyrzucając trefla) i pika – na to, że Król jest u W (wtedy będzie on w przymusie: jeśli wyrzuci kiera – my trefla, a jeśli trefla – my kiera i zagramy trefla do Asa (nieważne co położy W) aby wygrać również przy singlowym Królu za impasem).

Zauważmy, że przy takiej rozgrywce wygramy zawsze, gdy Król jest przy krótszych kierach (tj. ok. 71.86% przypadków) a dochodzą jeszcze, co prawda niewielkie, szanse dodatkowe (np. niektóre przypadki z singlowym Królem lub przypadki z bardzo złym podziałem kar, ujawniającym się po ich przebiciu – tu nie pisałem o tych przypadkach, żeby było prościej zrozumieć).
Odniosę się jeszcze może do pytań, zdawałoby się retorycznych, które zadaje autor artykułu w drugiej części sprostowania. Odpowiedzi na nie wydają się oczywiście jasne: autor wyraźnie sugeruje, że liczenie nie ma zasadniczo najmniejszych podstaw, gdyż zwykły śmiertelnik i tak się w liczeniu tym pomyli – co do tego to nie byłbym taki pewny; wszak do 13 chyba prawie?! każdy z nas liczyć potrafi. Na miejscu rozgrywającego nie lękałbym się zastanowić chwilę, nad najlepszą rozgrywką, choć oczywiście nie neguję losowania, jako jednej z możliwości, co do wyboru obieranej linii gry – wszak na przykładzie widzimy, iż to rozgrywka 63% okazała się być lepszą od rozgrywki 72%.
Czy więc dobry gracz, znajdując szansę o 9% gorszą od poprzedniej, porzuca starą myśl, albo wybiera jedną, losując pomiędzy nimi dwoma?!
Retorycznym pozostaje więc pytanie, czy tak samo wyglądałby protokół tego szlemika, gdyby w turnieju tym grali sami… arcymistrzowie.

… co najpierw przetłumaczył „na nasze” autor strony …

Komentarz Sławińskiego:
Wyjaśniło się więc jak liczył szanse autor jednego z maili – Robert Dyczkowski.
To że ostatecznie (bo wniósł poprawkę) wyszło mu niemal dokładnie to samo, co wyszło mnie przy założeniu że W odrzuca atak spod Króla, jest więc efektem przypadkowym !
Liczyliśmy bowiem najzupełniej odmiennie: ja – uwzględniłem tylko preferencje wistowe, ignorując współzależność podziału kierów i położenia Króla, i biorąc szanse a priori obu tych zdarzeń (NB nie ukrywałem, że będzie to uproszczona ilustracja), a Dyczkowski – policzył tylko szanse a priori, ale z uwzględnieniem tej współzależności, ignorując przy tym preferencje wistowe.
Oczywiście dokładne obliczenie powinno uwzględniać wszystko, a szanse powinny być a posteriori. Oba obliczenia są więc znacznie uproszczone.
P.S. Czy jednak Dyczkowski ma rację ? twierdząc:
Jeśli kogoś razi fakt, iż liczę prawdopodobieństwo, nie uwzględniając odkrytych kart, to może dodam, że jeśli obaj przeciwnicy pokazali dokładnie tyle samo kart, to prawdopodobieństwo, tym razem już a posteriori, jest jakościowo takie samo (jakościowo nie znaczy takie samo, ale zachowujące relację większe-mniejsze-równe), co zresztą można wyliczyć analogicznie.
Proszę zajrzeć do artykułu Panta rhei ,ale….

29 VIII 2003
Robert Dyczkowski nieco uściślił to zdanie dodając (oczywiste zresztą) zastrzeżenie, że wśród pokazanych kart nie może być Króla.

… potem zakwestionował trener Dyczkowskiego …

Piotr Dybicz Głos w dyskusji 28 IX 2003

Ze zdumieniem przeczytałem dyskusję dotyczącą problemu ze „Świata Brydża”, w którym to Janusz Maliszewski proponuje rozgrywkę szlemika pikowego opartą na przymusie wiedeńskim. Pomijając fakt, czy rozgrywka na przymus czy na prozaiczny impas jest lepsza, postanowiłem przedstawić moje zdanie na ten temat. Podzielam opinie „miłośników” impasu ale zdecydowanie protestuję przeciwko tak kategorycznym osądom jakie przedstawili przeciwnicy przymusu, głównie w osobie Roberta. Wysuwając ostre zarzuty należy dokładnie przemyśleć problem, a w tym przykładzie Janusz ma całkowitą rację, że nie ma możliwości dokładnego ocenienia szans przymusu i impasu. Przedstawiony zaś wywód Roberta jest poprawny matematycznie ale pomija czynnik ludzki, co powoduje że jego analiza jest tylko małą częścią rozwiązania, dodatkowo niecałkiem poprawną. Nawet w tej z pozoru prostej analizie występują poważne przekłamania. Weźmy chociaż wyliczenia co do ilości kierów i uzależnienia od tego usadowienia króla trefl. Istnieje tu poważne zachwianie Zasady Szufladkowej Dirichleta czego Robert nie raczył zauważyć, a na którą się powołał. Otóż my jeszcze przed zagraniem kierów wiemy kto jest posiadaczem asa karo, bo to iż ta karta jest w ręce zawodnika E w świetle pierwszego wistu jest niemal pewne, a to zmienia rozmieszczenie „klatek”. Teraz pierwszy moment gdy wkracza czynnik ludzki. Otóż optymalnym zagraniem E jest wyrzucić asa przy przebijaniu trzeciej rundy kar aby sprowadzić problem do rozważań Roberta jednakże jak często zawodnik E będzie na tyle dobrym graczem by zauważyć taką sytuację.
Teraz zaś najważniejszy moment rozważań. Proszę zauważyć, że zawodnik E może i to na dwa sposoby sterować naszymi wyliczeniami. Najpierw na pierwszym wiście może zabić królem ujawniając asa lub bić asem pozostawiając położenie króla w tajemnicy, drugi raz pozbywając się lub nie asa do trzeciej rundy kar. Już tylko to podważa prawdziwość obliczeń Roberta. Poza tym znajomość licytacji, założeń, a jeżeli to możliwe również poziomu wyszkolenia i agresywności wistujących jeszcze bardziej wywraca jakiekolwiek matematyczne rozważania. Jeżeli Robert jest w stanie przeprowadzić takie obliczenia – chylę czoła. Podejrzewam jednak, że tak nie jest. Zresztą myślę że nikt by tego nie dokonał, więc buńczuczne wypowiedzi skierowane do autora problemu są po prostu zwykłym pieniactwem. Dobrze jest zauważyć wszystkie możliwości zanim zacznie się autorów publicznie odsądzać od czci i wiary.

… i opatrzył finalnym komentarzem ( znowu ) Sławiński.

ŁS Czynnik ludzki 28 IX 2003

zależy m.inn. od mody lansowanej przez brydżowe media !
Uwaga! tutaj nikogo nie będę „odsądzał od czci i wiary”.
Np kiedyś w „Brydżu” napisano, że wist spod Waleta jest niebezpieczny (p-ko grze w kolor), później powtórzono to ze dwa razy i odtąd przez całe lata można było być pewnym (może nawet i dzisiaj), że wistujący nie wyszedł spod Waleta.(dlatego właśnie w pierwszym komentarzu założyłem, że W nie ma Waleta Kier). Podobnie jest z agresywnym wistem na szlemika. Jeśli ostatnie relacje podają zwycięskie przykłady takiego wistu w wykonaniu arcymistrzów, szansa że taki wist nastąpił gwałtownie wzrasta; jeśli zrelacjonowany jest niewypał (znacznie rzadsze) – szansa maleje. Oczywiście jeśli wistujący czytuje prasę brydżową (patrz prawdopodobieństwo wistu aktywnego w pierwszym komentarzu).
A oto sztuczka jaką kiedyś wykonali „bezpasowcy”. Graliśmy mecz przeciwko drużynie, w której grał Henryk Niedźwiecki i akurat był On po artykule w którym twierdził, że w sytuacji niejasnej lepiej przelicytować końcówkę końcówką, bo nawet jak przeciwnikom nie szła, to strata będzie mała.
Ponieważ dobrze ten artykuł zapamiętaliśmy, spłataliśmy Mu psikusa: aż 3 razy „podlicytowaliśmy” Go końcówkami typu „4 na bez dwóch”. Zniewolony tezą swojego artykułu za każdym razem szedł wyżej („na mały obrót”).

Więc, żeby mieć ostatnie – oby – słowo ( w końcu, to moja strona ) dorzucę i swoje uściślenia. Oczywiście, z pozycji dyletanta …

1. Brydż to nie matematyka i pewnych rzeczy nie da się dokładnie wyliczyć. Gdyby tak było, komputery już dawno wygrywałyby z ludźmi. A dopóki tak nie jest – trochę pokory, panowie arytmetycy ! Niekoniecznie wszystkie narzędzia matematyczne da się zaadaptować do brydża. Być może, pewnych rzeczy nie da się opisać i wyliczyć. Być może, teoria gier nie jest rozdziałem zamkniętym. Być może, otwiera się nowy, malutki podrozdzialik matematyki, gdzie działają nieco inne prawa. A może te same, ale trochę inaczej ?
2. Źle się dzieje, gdy matematycy zajmują się zagadnieniami z pogranicza psychologii. Trochę to tak, jakby psychiatra próbował policzyć szanse na to, że któryś z jego pacjentów zrobi sobie kuku. Pewnie, że duże ale czy o to chodzi w tym zawodzie ?
3. Co z intuicją, co z postrzeganiem ponadzmysłowym ? I czy to na pewno są narzędzia nie-matematyczne ? A może to właśnie „inne liczenie” ? Jedna z najsłynniejszych reprezentantek Polski – i to z matematycznej „szkoły Szuriga” ( ukłony i podziękowania za 2 lata wspólnej gry, Jolu ! ) – opowiadała, jak to zawsze, kiedy brała się do wyliczania szans, jakiś „duszek” jej podpowiadał, co ma zrobić. A ona duszka w łeb i – na matematykę ! I niekoniecznie było najlepiej. A kiedy tylko zaczęła się duszka słuchać – od razu się poprawiło. I nie to, żeby przestała liczyć ( daj, Boże, każdemu brydżyście taką sprawność obliczeniową ! ), a jednak – coś było na rzeczy.
4. Po raz kolejny – i to z niezmienną przyjemnością – przyznaję, że być może szansa na impas jest nieco większa niż na przymus. Być może, bo tam gdzie każdemu „uzbrojonemu w takie same bronie” wychodzi co innego, a nawet różne są wyniki w różnych fazach ( czasach ) liczenia – tam i rezultat jest dyskusyjny.
5. Rodzi się też wątpliwość, czy na pewno zawsze należy grać na największą szansę ? Czy powinni na nią grać przede wszystkim ci, którzy mają szczęście ( fart ) ? Przecież, jeśli nawet zagrają na szansę o kilka procent mniejszą, to i tak, akurat w tym rozdaniu, będzie to zazwyczaj strategia skuteczna. A co z zagraniami taktycznymi ? Jeśli w ostatnim rozdaniu turnieju muszę zdobyć maksa, nie będę przecież grał z salą, a jeśli gram zły kontrakt, powinienem zagrać na nietypowe rozkłady ( sorry, znów skrót myślowy, choć mądrej głowie … ) ?! A rozgrywka na jedyną szansę … itp. … itd. …
6. Większość zasygnalizowanych tematów i artykułów znajduje się na stronie Łukasza Sławińskiego www.pikier.com
7. Tytuł całości zaczerpnąłem ze starej, żeglarskiej piosenki, z której do zacytowania nadają się tylko przytoczone słowa.

A życie ( jak to życie ) dopisało przewrotny morał …

Na Kadrze Kobiet 2005 krążyło sobie takie oto, płaskie rozdanko:

AK10
AD54
D10
A876
7542
983
8732
92
D863
KW6
4
DW1053
W9
1072
AKW965
K4

Gdzie, po standardowym początku:

N S
1 2
2 3

na jednym ze stołów, z ręki S rozgrywano szlemika bezatutowego po wiście 8. Wstawiamy z dziadka blotkę, E bierze waletem i odwraca D. Standardowo bierzemy lewę w dziadku rejestrując zrzutkę W ( uwaga, może być fałszywa ! ), zgrywamy cztery razy kara ( z dziadka trefl i kier – prawda, że niepotrzebne ? ) i oba starsze asy ( do pikowego odblokowujemy się waletem, a do kierowego nie spada król, choć szansa była ). Wracamy K, gramy piąte karo ( z dziadka niepotrzebna już teraz D ), a potem ostatnie karo … I tak naprawdę, dopiero teraz jesteśmy w stanie porównać szanse: impas Dczy któryś z przymusów dwukolorowych ? Przedtem trzeba było tylko zapamiętywać dokładane przez przeciwników karty przy założeniu, że pozbywają się tylko tego, czego w danej fazie rozgrywki bezpiecznie mogą się pozbyć. A co, jeśli na E siedzi chytrusek, którego stać było na szybkie „wydublowanie” D? A na W następny, który w drugiej lewie zamataczył przy zrzutce treflowej ? Czy na pewno tak łatwo w TRZYKARTOWEJ ( ! ) końcówce policzyć szanse ? I na jaką, większą czy mniejszą ( na oko widać, że są zbliżone ) ma zagrać para, która prowadzi w rozgrywkach, na jaką – ta ze środka, a na jaką – z końca tabeli ?

Ciekawy był zresztą protokół tego rozdania ( a przypominam, że grały najlepsze zawodniczki w Polsce ). Raz został wygrany szlemik bezatutowy, raz szlemik karowy ( trochę lepszy, choć też chyba bez podobnej alternatywy rozgrywkowej się nie obejdzie ) i raz 3 BA ( mało ambitne, ale 9 IMP-ów piechotą nie chodzi ). Natomiast pozostałe 5 zapisów to przegrane w różnych wysokościach. A przecież protokół powinien wyglądać inaczej ! Więc …